co w trawie piszczy

|

Gdy potrzebowałem powietrza, wspinałem się po grubym pniu na dojrzałą czereśnię rosnącą przy altanie, aż na sam czubek, na ostatnią najwyższą gałązkę mogącą utrzymać moje ptasie zapędy i zerkałem stamtąd na okolicę grządek podgryzanych przez turkucie podjadki i połacie nieostrzyżonej trawy, już prawie zdziczałej gdyby nie moja cicha obecność w jej stokrotnym urodzaju. Napychałem sobie tam usta grochami czerwieni, aż zgrzytały pestkami w zębach i tryskały sokiem po palcach. Zaszywałem się jak wróbel za liściem, bez szelestu, podobny raczej do stworzeń skrzydlatych i szaro upierzonych z węgielkami bacznych oczu, lub kiedy indziej zwisałem jak leniwiec sennie z gałęzi, bowiem w tym dostatnim raju mogłem spędzać i choćby całe dnie razem z nocami, nie schodząc nawet na moment, by rozprostować nogi. A jednak, gdy nużyło mnie już to nadziemne panowanie zeskakiwałem z drzewa, by zebrać zapasy słodkiego agrestu i porzeczek, i ruszyć dziurą pod żywopłotem na wyprawy gdzie wzrok nie sięgał, w krainy błogiego dobrostanu gościnnych kalafiorów, w grzędy bulwiastych kalarep, tęgich jak gołębie parkowe, w skwery malin i truskawek brzęczących rumieńcem w oczach i kwieciste parkany z bzu lub różanych pęczników o słodkim zapachu letniego przesilenia.


0 .:

Prześlij komentarz